14 listopada 2015

Rozdział 4

Beau
  Siedzieliśmy z chłopakami w loży i obserwowaliśmy tańczący tłum. Niestety nie możemy pić, bo zaraz ma tu wbić ta gnida Anders ze swoimi ludźmi i zakończyć zabawę, a naszym celem jest go powstrzymać. Luke od godziny przypatruje się jakiejś lasce i wodzi za nią wzrokiem zamiast się skupić. Chodź nie powiem jest w chuj gorąca i nieźle wywija. Ale ma robotę do załatwienia, a nie zabawianie się z panną. W tym zawodzie nie ma miejsca na nawet najdrobniejszy błąd a on to dobrze wie. Jeden zły ruch i masz kulkę w łeb, albo pokazują twoje zwłoki na kanale „Dzień z życia Sydney", wszystko trzeba mieć idealnie zaplanowane, co do sekundy.
  Całe szczęście, że do niej nie podchodzi tylko spogląda. Ale widać, że chuj go strzela jak patrzy na te sugestywne spojrzenia kierowane w jej stronę, uuj.
  - Ej, o której on miał być, przypomni ktoś?
  - Na 23, a jest 22:40 – odpowiedziałem patrząc na znudzonego Jamesa. Który od razu odkręcił się w swoją stronę i dalej przyglądał tańczącym dziewczynom niedaleko naszego stolika, dzielnie próbujących zachęcić go do tańca z nimi.
  - Czekam tylko do zebrania i jadę na wakacje, pieprze to, jest tyle osób od brudnej roboty a musieli akurat nas wysłać – zwróciłem się do Daniela.
  - Ktoś tu się robi za stary na akcje dziadku – zaśmiał się.
  - Ja ci dam starego, różnią nas 3 lata.
  - No przecież mówię, że dziadek.
  - Przynajmniej sprawniejszy dziadek od ciebie – poruszyłem sugestywnie brwiami.
  - Pierdol się, co z nim? – zapytał trochę ciszej uważnie patrząc na siedzącego przed nami Luka.
  - A co ma być każdy z nas to przeżywa, a użalanie się nad nim jeszcze pogorszy sytuacje. Sam go przecież dobrze znasz.
  - Może by go tak zabrać gdzieś na obrzeża poszalałby trochę i się od stresował?
  - Myślisz, że ten leń ruszy dupę – zaśmiałem się. Boże zmiłuj się nad nim na starość jak on teraz ma problemy ze wstawaniem z łóżka a co dopiero zejściem po schodach.
  - Jak by mu trochę pomóc, chyba wiesz, co mam na myśli. Taka przyjacielska pomoc w postaci kopa w dupę pomogłaby mu w stu procentach i rozgrzała na drogę.
Chciałem już coś odpowiedzieć, gdy przed nami pojawił się Jai.
  - Ej chłopaki Caroline tu jest – spojrzał na nas z zdezorientowaniem.
  - Co ona tu robi?– spytałem zdenerwowany.
  - Podobno przyszła z koleżanką ja pierdole – rozejrzałem się za Yammouni'm
Przecież za chwilę to wszystko się zacznie, kurwa. Jak James się dowie ze jego kuzynka tu jest to będzie źle. Może i jestem wybuchowy, ale w porównaniu do Jamesa jestem potulny jak baranek. A to wszystko przez to, że wychował się w takiej popieprzonej rodzinie. Na szczęście w porę ktoś się nim zainteresował i trafił do domu dziecka skąd zaadoptowała go nasza sąsiadka. Dotąd pamiętam jak zobaczyłem go stojącego samotnie z dala od wszystkich. Już wtedy wiedziałem, że nie chce mieć w nim wroga. Z czasem okazał się wzorowym przyjacielem i powiernikiem dziecięcych sekretów. To ja wprowadziłem go do naszej grupy, na początku chłopacy nie przepadali za sobą. Ale z czasem przekonali się do siebie.
  - Dobra Jai idź znajdź Sparks i ją odprowadź a my czekamy na tamtego – powiedziałem podnosząc się z miejsca.
Za nim zdążyłem wykonać następny ruch głośny huk przeszył całą sale a potem kolejny. Ludzie zaczęli pchać się we wszystkie strony, jak najdalej uciekając od hałasu.
 Spojrzałem na zegarek 22:56. Nie za wcześnie? A podobno tacy punktualni są. Chyba trzeba im wysłać reprymendę do szefa.
  - No to zaczynamy zabawę – usłyszałem obok Luka.
  - Wyprowadź wszystkich, my sobie z nimi poradzimy, nie chcemy przecież światków – zwróciłem się do któregoś z chłopaków. Nie widziałem, którego bo stałem do niego tyłem, ale od razu zrobił się mniejszy tłum.
Trzy strzały i od razu wielki chaos, w takich chwilach widać, że ludzie nie są przygotowani na śmierć i będą się łapać brzytew byle by przeżyć. No, bo jak nazwać osoby taranujące innych byle by dostać się do drzwi, a nawet biegnące po nich.
W między czasie jak się rozglądałem po sali zobaczyłem jak jeden z ludzi tego gnidy w drugiej części pomieszczenia celuje w głowę dziewczynie, chwilę później zostaje po niej tylko truchło na ziemi. A nad nią stoi osoba, której szukałem.
Idealnie.
Zasygnalizowałem chłopakom, że widzę gdzie jest Anders i ruszyłem w jego stronę, aby reszta obstawiła wszystkie wyjścia, którymi by mógł nam uciec.
Teraz nie ma jak zwiać, już jest nasz.
 Mam gdzieś jego kolegów. Potrzebny nam jest tylko on, nikt by nie dał przecież towaru o takiej wartości byle, komu.
Wyminąłem kilku uciekających ludzi, którzy zostali jeszcze na sali i podszedłem do Petera, który na swoje nieszczęście stał tyłem do mnie i rozmawiał przez telefon.
Błąd, ostatni błąd, który popełniłeś w swoim życiu. To będzie twój najgorszy wieczór w życiu, a ja się już o to postaram.
Pchnąłem go na ścianę przed nami i przyłożyłem pistolet do skroni. Czułem jak cały się spina, a telefon wypada mu z reki w chwili, w której zderza się z powierzchnią przed sobą.
Chyba ktoś tu był za bardzo nie uważny. Tak jak mówiłem jedno potknięcie i jesteś martwy.
  - Nie ładnie tak rządzić się nie swoimi rzeczami – spojrzałem jak ze zdenerwowania nie może złapać porządnego oddechu, przez co zaczął się dusić. Widać, że nie spodziewał się tu nikogo, kto próbowałby mu przeszkodzić. Nawet mógłbym powiedzieć, że jest w szoku.
  - Tylko mi się tu nie uduś, musimy wyjaśnić sobie kilka spraw, potem cię nawet wyręczę jak będziesz chciał, tylko odpowiedź mi najpierw na kilka pytań zrozumiałeś? - Pokiwał tylko lekko głową na tak.
  - No dobra no to zaczynamy jak udało się wam dostać nasz towar. Tylko nie próbuj kłamać – warknąłem w jego stronę.
  - Ja... ja nie wiem.
  - Jak to kurwa nie wiesz – wybuchnąłem - To może inaczej skąd macie nasz towar? Lepiej ze mną nie zadzieraj, bo przed śmiercią jeszcze się trochę pomęczysz. No, więc powtórzę skąd go macie?
  - Do.. dostaliśmy go.
  - Jakim kurwa cudem! No nie mów, że przyszedł Mikołaj i podrzucił wam naszą kokę od tak w środku lipca.
  - Trzy dni temu ktoś pobił jednego z naszych ludzi i zostawił kartkę z napisem, że jeśli chcemy zarobić trochę szmalu to 21 lipca mamy zjawić się w starych garażach.
  - Kontynuuj – powiedziałem, kiedy przystanął na chwilę jak by nie wiedząc czy dalej mówić.
  - Odmówiliśmy, bo nie potrzebowaliśmy roboty na razie mieliśmy swoje sprawy do załatwienia, dzień później pięć osób leżało martwych w naszej skrytce. To kurwa zrobił jakiś popapraniec, mieli porozcinane brzuchy z wywalonymi wnętrznościami na zewnątrz. Stan przystał na jego propozycje nie chciał tracić więcej ludzi, przez nie swój konflikt. Nie wiem, co od was chce, ale kazał nam przyjechać tu dziś z prochami z torby, która zostawił i poczekać aż ktoś się po nią zjawi.
O co w tym chodzi? Zadałem sobie to pytanie w myślach. Po co ktoś miał by zabierać nam nasz towar, aby go potem zwracać przez pośrednika. I jeszcze zabijać pięciu ludzi, tak naprawdę bez powodu. Nic się nie trzyma kupy.
  - Zaglądaliście do tej torby, chociaż? – zapytałem.
  - Nie powiedział, że mamy jej nie dotykać, bo on się dowie i nie skończy się na kilku ofiarach, woleliśmy nie ryzykować i przynieść to żeby się od nas odczepił.
  - Pokaż to - powiedziałem wyrywając mu z ręki przedmiot. Zajrzałem do środka i zobaczyłem nie tylko to, czego się tak spodziewałem, ale coś, co nie powinno się tu znajdować, a tym bardziej ujrzeć światło dzienne.
Przekląłem cicho pod nosem i zwróciłem się do Andersa.
  - Jesteś pewien, że niczego nie widzieliście jakiś osób kręcących się przy waszej skrytce. Nikogo podejrzanego?
  - Nikogo, tylko nasi ludzie.
 Spojrzałem na niego ostatni raz sprawdzając czy nie próbuje kłamać, po czym zamknąłem szybko torbę.
Musimy to szybko wyjaśnić. Ta sprawa robi się coraz dziwniejsza.
  - Masz dziesięć sekund, aby stąd spierdalać inaczej cię zabiję – warknąłem w jego stronę i patrzyłem jak biegiem kieruje się w stronę wyjścia.
 Wyjąłem w między czasie komórkę i wybrałem numer Luka, przekazałem mu, aby go wypuścił i schowałem ją ponownie do kieszeni.
Postanowiłem zostawić go jeszcze przy życiu może się nam przydać.

To może jakiś mały komentarz? :)

Brak komentarzy: