Beau
Siedzieliśmy z chłopakami w loży i obserwowaliśmy
tańczący tłum. Niestety nie możemy pić, bo zaraz ma tu wbić ta gnida Anders ze
swoimi ludźmi i zakończyć zabawę, a naszym celem jest go powstrzymać. Luke od
godziny przypatruje się jakiejś lasce i wodzi za nią wzrokiem zamiast się
skupić. Chodź nie powiem jest w chuj gorąca i nieźle wywija. Ale ma robotę do
załatwienia, a nie zabawianie się z panną. W tym zawodzie nie ma miejsca na
nawet najdrobniejszy błąd a on to dobrze wie. Jeden zły ruch i masz kulkę w
łeb, albo pokazują twoje zwłoki na kanale „Dzień z życia Sydney", wszystko
trzeba mieć idealnie zaplanowane, co do sekundy.
Całe szczęście, że do niej nie podchodzi tylko
spogląda. Ale widać, że chuj go strzela jak patrzy na te sugestywne spojrzenia
kierowane w jej stronę, uuj.
- Ej, o której on miał być, przypomni ktoś?
- Na 23, a jest 22:40 – odpowiedziałem patrząc na
znudzonego Jamesa. Który od razu odkręcił się w swoją stronę i dalej przyglądał
tańczącym dziewczynom niedaleko naszego stolika, dzielnie próbujących zachęcić
go do tańca z nimi.
- Czekam tylko do zebrania i jadę na
wakacje, pieprze to, jest tyle osób od brudnej roboty a musieli akurat nas
wysłać – zwróciłem się do Daniela.
- Ktoś tu się robi za stary na akcje dziadku –
zaśmiał się.
- Ja ci dam starego, różnią nas 3 lata.
- No przecież mówię, że dziadek.
- Przynajmniej sprawniejszy dziadek od ciebie –
poruszyłem sugestywnie brwiami.
- Pierdol się, co z nim? – zapytał trochę ciszej
uważnie patrząc na siedzącego przed nami Luka.
- A co ma być każdy z nas to przeżywa, a użalanie się
nad nim jeszcze pogorszy sytuacje. Sam go przecież dobrze znasz.
- Może by go tak zabrać gdzieś na obrzeża poszalałby
trochę i się od stresował?
- Myślisz, że ten leń ruszy dupę – zaśmiałem się.
Boże zmiłuj się nad nim na starość jak on teraz ma problemy ze wstawaniem z
łóżka a co dopiero zejściem po schodach.
- Jak by mu trochę pomóc, chyba wiesz, co mam na
myśli. Taka przyjacielska pomoc w postaci kopa w dupę pomogłaby mu w stu
procentach i rozgrzała na drogę.
Chciałem już coś odpowiedzieć, gdy przed nami pojawił się
Jai.
- Ej chłopaki Caroline tu jest – spojrzał na nas z
zdezorientowaniem.
- Co ona tu robi?– spytałem zdenerwowany.
- Podobno przyszła z koleżanką ja pierdole –
rozejrzałem się za Yammouni'm
Przecież za chwilę to wszystko się zacznie, kurwa. Jak James
się dowie ze jego kuzynka tu jest to będzie źle. Może i jestem wybuchowy, ale w
porównaniu do Jamesa jestem potulny jak baranek. A to wszystko przez to, że
wychował się w takiej popieprzonej rodzinie. Na szczęście w porę ktoś się nim
zainteresował i trafił do domu dziecka skąd zaadoptowała go nasza sąsiadka.
Dotąd pamiętam jak zobaczyłem go stojącego samotnie z dala od wszystkich. Już
wtedy wiedziałem, że nie chce mieć w nim wroga. Z czasem okazał się wzorowym
przyjacielem i powiernikiem dziecięcych sekretów. To ja wprowadziłem go do
naszej grupy, na początku chłopacy nie przepadali za sobą. Ale z czasem
przekonali się do siebie.
- Dobra Jai idź znajdź Sparks i ją odprowadź a my
czekamy na tamtego – powiedziałem podnosząc się z miejsca.
Za nim zdążyłem wykonać następny ruch głośny huk przeszył
całą sale a potem kolejny. Ludzie zaczęli pchać się we wszystkie strony, jak
najdalej uciekając od hałasu.
Spojrzałem na zegarek 22:56. Nie za wcześnie? A podobno
tacy punktualni są. Chyba trzeba im wysłać reprymendę do szefa.
- No to zaczynamy zabawę – usłyszałem obok Luka.
- Wyprowadź wszystkich, my sobie z nimi poradzimy,
nie chcemy przecież światków – zwróciłem się do któregoś z chłopaków. Nie
widziałem, którego bo stałem do niego tyłem, ale od razu zrobił się mniejszy
tłum.
Trzy strzały i od razu wielki chaos, w takich chwilach
widać, że ludzie nie są przygotowani na śmierć i będą się łapać brzytew byle by
przeżyć. No, bo jak nazwać osoby taranujące innych byle by dostać się do drzwi,
a nawet biegnące po nich.
W między czasie jak się rozglądałem po sali zobaczyłem jak
jeden z ludzi tego gnidy w drugiej części pomieszczenia celuje w głowę
dziewczynie, chwilę później zostaje po niej tylko truchło na ziemi. A nad nią
stoi osoba, której szukałem.
Idealnie.
Zasygnalizowałem chłopakom, że widzę gdzie jest Anders i
ruszyłem w jego stronę, aby reszta obstawiła wszystkie wyjścia, którymi by mógł
nam uciec.
Teraz nie ma jak zwiać, już jest nasz.
Mam gdzieś jego kolegów. Potrzebny nam jest tylko on,
nikt by nie dał przecież towaru o takiej wartości byle, komu.
Wyminąłem kilku uciekających ludzi, którzy zostali jeszcze
na sali i podszedłem do Petera, który na swoje nieszczęście stał tyłem do mnie
i rozmawiał przez telefon.
Błąd, ostatni błąd, który popełniłeś w swoim życiu. To
będzie twój najgorszy wieczór w życiu, a ja się już o to postaram.
Pchnąłem go na ścianę przed nami i przyłożyłem pistolet do
skroni. Czułem jak cały się spina, a telefon wypada mu z reki w chwili, w
której zderza się z powierzchnią przed sobą.
Chyba ktoś tu był za bardzo nie uważny. Tak jak mówiłem
jedno potknięcie i jesteś martwy.
- Nie ładnie tak rządzić się nie swoimi rzeczami –
spojrzałem jak ze zdenerwowania nie może złapać porządnego oddechu, przez co
zaczął się dusić. Widać, że nie spodziewał się tu nikogo, kto próbowałby mu
przeszkodzić. Nawet mógłbym powiedzieć, że jest w szoku.
- Tylko mi się tu nie uduś, musimy wyjaśnić sobie
kilka spraw, potem cię nawet wyręczę jak będziesz chciał, tylko odpowiedź mi
najpierw na kilka pytań zrozumiałeś? - Pokiwał tylko lekko głową na tak.
- No dobra no to zaczynamy jak udało się wam dostać
nasz towar. Tylko nie próbuj kłamać – warknąłem w jego stronę.
- Ja... ja nie wiem.
- Jak to kurwa nie wiesz – wybuchnąłem - To może
inaczej skąd macie nasz towar? Lepiej ze mną nie zadzieraj, bo przed śmiercią
jeszcze się trochę pomęczysz. No, więc powtórzę skąd go macie?
- Do.. dostaliśmy go.
- Jakim kurwa cudem! No nie mów, że przyszedł Mikołaj
i podrzucił wam naszą kokę od tak w środku lipca.
- Trzy dni temu ktoś pobił jednego z naszych ludzi i
zostawił kartkę z napisem, że jeśli chcemy zarobić trochę szmalu to 21 lipca
mamy zjawić się w starych garażach.
- Kontynuuj – powiedziałem, kiedy przystanął na
chwilę jak by nie wiedząc czy dalej mówić.
- Odmówiliśmy, bo nie potrzebowaliśmy roboty na razie
mieliśmy swoje sprawy do załatwienia, dzień później pięć osób leżało martwych w
naszej skrytce. To kurwa zrobił jakiś popapraniec, mieli porozcinane brzuchy z
wywalonymi wnętrznościami na zewnątrz. Stan przystał na jego propozycje nie
chciał tracić więcej ludzi, przez nie swój konflikt. Nie wiem, co od was chce,
ale kazał nam przyjechać tu dziś z prochami z torby, która zostawił i poczekać
aż ktoś się po nią zjawi.
O co w tym chodzi? Zadałem sobie to pytanie w myślach. Po co
ktoś miał by zabierać nam nasz towar, aby go potem zwracać przez pośrednika. I
jeszcze zabijać pięciu ludzi, tak naprawdę bez powodu. Nic się nie trzyma kupy.
- Zaglądaliście do tej torby, chociaż? – zapytałem.
- Nie powiedział, że mamy jej nie dotykać, bo on się
dowie i nie skończy się na kilku ofiarach, woleliśmy nie ryzykować i przynieść
to żeby się od nas odczepił.
- Pokaż to - powiedziałem wyrywając mu z ręki
przedmiot. Zajrzałem do środka i zobaczyłem nie tylko to, czego się tak
spodziewałem, ale coś, co nie powinno się tu znajdować, a tym bardziej ujrzeć
światło dzienne.
Przekląłem cicho pod nosem i zwróciłem się do Andersa.
- Jesteś pewien, że niczego nie widzieliście jakiś
osób kręcących się przy waszej skrytce. Nikogo podejrzanego?
- Nikogo, tylko nasi ludzie.
Spojrzałem na niego ostatni raz sprawdzając czy nie
próbuje kłamać, po czym zamknąłem szybko torbę.
Musimy to szybko wyjaśnić. Ta sprawa robi się coraz
dziwniejsza.
- Masz dziesięć sekund, aby stąd spierdalać inaczej
cię zabiję – warknąłem w jego stronę i patrzyłem jak biegiem kieruje się w
stronę wyjścia.
Wyjąłem w między czasie komórkę i wybrałem numer Luka,
przekazałem mu, aby go wypuścił i schowałem ją ponownie do kieszeni.
Postanowiłem zostawić go jeszcze przy życiu może się
nam przydać.
To może jakiś mały komentarz? :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz