10 listopada 2015

Rozdział 3


Daniel

  - Daniel – załkała – proszę..
I weź człowieku się zdecyduj.
Chciałem już coś odpowiedzieć, gdy w drzwiach pojawił się najstarszy z Brooksów.
  - Skip tu jesteś, co tak długo? Zastrzel ją i chodź – powiedział, podchodząc do nas bliżej i mierząc nienawistnym wzrokiem skuloną dziewczynę.
Spojrzałem na osóbkę przede mną, pomimo tego, że w pomieszczeniu było ciemno widziałem jak się cała trzęsie ze strachu. Gdyby nie to, że jest tak ważna to może i bym dał jej uciec. Przecież nic nie zrobiła.
Pewnie próbuje sobie teraz wmówić, że to jakiś koszmar, z którego się zaraz wybudzi.
Jak przykro, niestety nie, takie życie.
Przetrwają tylko najsilniejsi.
  - Proszę, błagam nie zabijajcie mnie, proszę – jęczała przez łzy, dlatego ledwo udało mi się zrozumieć, o co jej chodzi.
 No to przedstawienie się zaczyna.
  - Myślisz, że weźmiesz nas na litość? – powiedział zirytowany Brooks.
 Lepiej go nie wkurzać, jak ma gorszy dzień, szczególnie taki jak dzisiaj, jest wtedy nieobliczalny. Nawet ja nie potrafię przewidzieć, co zrobi. A to do mnie należy ustalanie planów i przewidywanie wszelkich utrudnień.
  - Proszę Beun, przez wzgląd na naszą dawna znajomość – błagała na kolanach.
Czy ludzie nie potrafią umrzeć z godnością? To takie trudne? Zawsze jak patrzę na takie przedstawienie to te pytania przychodzą mi się na myśl.
Czy tak trudno pożegnać się z życiem? Chęć dalszego bycia jest tak wielka, że jesteśmy w stanie błagać największego wroga o litość. Czy ja też będę kiedyś do tego zmuszony, coś będzie mnie tu trzymało, czy odejdę z honorem?
Odsunąłem się trochę od dziewczyny i podszedłem do przyjaciela, aby nie narazić się, na jakie kol wiek próby szarpania z jej strony.
Kto wie, co przyjdzie jej do głowy.
  - Takie suki jak ty nie zasługują na nic innego jak śmierć – warknął przystawiając jej pistolet do czoła - jakieś ostatnie słowa skarbie? – zapytał – nie.. to dobrze – i wystrzelił.
 Krew rozbryzła się na ścianie przy okazji brudząc mi czubki butów.
  - Stary mógłbyś uważać, nie chce mi się przebierać – mruknąłem - znowu.
  - Było się pośpieszyć i samemu ją załatwić, chłopacy już skończyli – powiedział, po czym schował broń z powrotem pod bluzę.
  - Gdzie reszta?
Oparłem się o ścianę i spojrzałem na niego wyczekująco.
  - Siedzą na górze – powiedział wymijająco – już myślałem, że będziemy musieli ją to jeszcze trzymać. Za bardzo się darła, słychać było ją na piętrze. Same problemy z nią.
 W duchu przyznałem mu rację, uprowadzenie córki burmistrza, było idealnym posunięciem do wprowadzenie w życie naszego planu, ale mała za bardzo lubiła krzyczeć. Na szczęście dostaliśmy wiadomość z góry, że możemy się już jej pozbyć.

Dopiero po chwili rozmyślań, zauważyłem Beuna czekającego na mnie w drzwiach.
Widać było, że chciał coś powiedzieć na ten temat, ale ugryzł się w język i skierował na górę.
Wyszedłem za nim z pomieszczenia, po czym schodami udaliśmy się na parter gdzie Jai okupywał telewizor.
Rzuciłem się koło niego na kanapie i spojrzałem ponownie na, Beuna, który zamykał drzwi na dół z zaciętą miną.
Czyli nie ma humoru.
Ostatni tydzień jest jednym z gorszych, masa roboty i coś, o czym nikt nie chce mówić głośno.
Za nim zdążyłem coś powiedzieć do pokoju wszedł Luke. Rozdrażniony Luke. Co to jakiś tydzień wkurwionych Brooksów.
  - Nowe zadanie z góry – powiedział zirytowany.
Chyba coś poważniejszego skoro nie wysyłają swoich popychadeł tylko nas. Może być ciekawie..
  - Mogliby nam oszczędzić chodź jeden weekend – Jai wyprostował się na kanapie i spojrzał na swojego bliźniaka – ktoś tu nie lubi robić za posłańca – naśmiewał się z brata.
  - Klub przy Road Street 13th, 23.00. Chcą tam podmienić nasz towar na ich gorszy i go sprzedać.
  - No to mamy jeszcze trochę czasu – zauważył James, który dopiero pojawił się w salonie.
   - A ty Luke, co taki małomówny. Normalnie to być ich zwyzywał za zjebanie weekendu a dziś cisza, jestem pod wrażeniem – zaśmiałem się do wkurzonego chłopaka, a po mnie cała reszta.
Trzeba trochę rozruszać towarzystwo, bo wieczorem nie będą mogli się skupić.
  - Panienka mu pewnie dać nie chciała – powiedział James.
  - Ktoś oparł się wielkiemu pan Brooksowi, no nie wierzę, trzeba to gdzieś zapisać - udałem, że szukam notatnika, aby to zapisać.
Na co ten prychnął i wyszedł trzaskając drzwiami.
  - W końcu mu minie – Jai rozłożył się i spojrzał w miejsce gdzie wcześniej stał jego bliźniak – musi.
Każdy przytaknął mu, ale nikt nie zabrał głosu, nie ma innego wyjścia każdy musi to przeczekać, jak co roku w końcu minie. Innego wyjścia nie ma.


Luke

Wyszedłem wkurwiony z pokoju i ruszyłem do garażu gdzie miałem zaparkowany samochód. Wsiadłem do niego poczym skierowałem się do najbliższego baru w okolicy. Potrzeba mi zapomnieć. A tam najlepiej mi to się uda.
A to wszystko przez tą pieprzona datę 27 lipca.
Wiem, że nie tylko ja odczuwam skutki zbliżającego się dnia, ale ten sentyment nie daje mi normalnie funkcjonować. Czuję jak roznosi mnie od środka, chodź minęło tak dużo czasu to nie znika. Te pieprzone uczucie pustki z każdą kolejną chwilą się pogłębia.
Zaparkowałem tuż przy wejściu. Zamknąłem samochód i ruszyłem do środka. Była to typowa melina gdzie głównie można było kupić dragi, albo przyjść się schlać, rzadko, kto z rozsądkiem się tu zapuszczał, dlatego miałem pewność, że nie spotkam tu nikogo znajomego. Co mogłoby zniweczyć moje plany. Poza tym było wcześnie, więc nie powinno być dużo osób.
 Od progu czułem na sobie ciekawskie spojrzenia. Ci, co mnie rozpoznali od razu spuszczali wzrok w dół, wiedząc gdzie ich miejsce.
 Na niektóre odpowiadałem chętnie, a inne zlewałem takie jak zazdrosny wzrok facetów, którym zniszczyłem jedyną okazję na poruchanie.
Podszedłem do prowizorycznego baru i usiadłem na stołku obok brunetki, która przyglądała mi się niespeszona.
Zamówiłem whiskey i dopiero po dostaniu go odkręciłem się w jej stronę.
Była ubrana w krótką czerwoną sukienkę, która uwydatniała jej długie nogi i idealnie opinała jej zgrabne ciało, które zastępowało przeciętną twarz, której nie ukrywała jak większość pod masą kosmetyków.
   - Ale mam dzisiaj szczęście Luke Brooks we własnej osobie i to w takim zadupiu – złapała się teatralnie za serce podkreślając przejęcie swoją wypowiedzią - powiedziałabym, że miło cie widzieć, ale ciekawość twojej obecności tutaj jest większa, więc czemu zawdzięczam twoje odwiedziny?
  - Madelaine dałabyś spokój z tym przedstawieniem – wziąłem łyka alkoholu. I spojrzałem lekko rozbawiony na dziewczynę. Zawsze umiała poprawić humor swoim gadulstwem, mówiąc, co ślina na język przyniesie, chodź dziś jej usta posłużą się do czegoś innego.
 - Oho wybacz nie często zapuszczasz się w takie meliny, jestem w szoku, wielki pan Brooks przychodzi do obskurnego baru zamiast bawić się w najdroższych klubach Sydney – zachichotała.
W duchu przyznałem jej racje nie często zapuszczam się do takich miejsc.
  - Też mam czasem prawo przyjść i się najebać, gdzieś gdzie nikt nie będzie mi przeszkadzał – mruknąłem zmęczony tym wszystkich, na co oczy dziewczyny zabłyszczały. Dobrze wiedziała, po co tu jestem i tylko na to czeka.
  - A wiec coś się stało – powiedziała przybliżając się - nie myśl o tym, zaraz postaram się abyś zapomniał.  
  - Po to tu jestem – szepnąłem wprost do jej ucha, przez co zadrżała.
Kochała, gdy mówiłem do niej podczas sexu. To ją jeszcze bardziej nakręcało do działania. Za każdym razem.
Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą w stronę toalety. Szedłem za nią, aż doszliśmy do WC. Szybko wybrałem męską i pociągnąłem ją do jednej z toalet, po czym zakluczyłem drzwi. I przyparłem do ściany, na co zajęczała zadowolona.

****

  Po skończonej sprawie wyszedłem z baru i skierowałem się do samochodu. Odblokowałem drzwi i usiadłem na siedzeniu. Odpaliłem samochód i w między czasie spojrzałem na zegarek 20.06 czyli mam jeszcze czas.
Za chuja nie chce mi się jechać, ale ich przecież nie wystawie. Od zawsze było jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Od dziecka trzymaliśmy się tej zasady. I dzięki niej osiągnęliśmy wiele rzeczy, bo zawsze się wspieraliśmy.
Wyjechałem na główną ulicę i skierowałem się w stronę starych wieżowców. Bez problemu powinienem się tam znaleźć w ciągu pół godziny.
Mam tam ważna rzecz do załatwienia. Chłopacy jeszcze o tym nie wiedzą, ale ja nie pozostawiłem tej sprawy tak sobie. Dobrze wiem, że im też to ciąży. A ja nie mam zamiaru się poddać. Zawsze dostaje to, co chcę i tym razem będzie tak samo. Luke Brooks ma wszystko, co chce.

Samochód zaparkowałem pod starym ledwo stojącym budynkiem, a sam ruszyłem do środka. Nie sądzę żeby, kto kol wiek odważył się podejść do mojego pojazdu, a tym bardziej coś z nim robić. Nikt, kto ma chodź trochę rozsądku w głowie nie odważy się do mnie zacząć. Bo wszyscy wiedzą, że nie jestem znany z cierpliwości a tym bardziej zadośćuczynienia.
Pokonałem szybko schody i zapukałem do spróchniałych drzwi z numerem 14, które zaraz zostały przede mną otwarte.
Widać nie tylko ja się niecierpliwię.
Przeszedłem szybko przez próg i skierowałem się w stronę prowizorycznego salonu. Jeśli można tak nazwać dwie ledwo stojące kanapy, telewizor i małą szafkę ustawioną w roku pomieszczenia.
Rozsiadłem się wygodnie na sofie i spojrzałem w stronę mojego towarzysza, który szukał czegoś w szufladzie.
Tom jest naszym specem od wyszukiwanie informacji o ludziach i miejscach gdzie mogą przebywać, ma swoje wtyki wszędzie. Oprócz nas pracuje jeszcze z naszymi sąsiadami z południowej dzielnicy.
 Całym Sydney rządzi jedna wielka mafia, czyli rodzina Callan. Dalej w hierarchii są 4 gangi przewodzące danym terenem po kilka osób takim jak ja i chłopaki północny, południowy, wschodni i zachodni. My jesteśmy północnym, czyli tym głównym i najważniejszym. To na naszym terenie odbywają się największe sprzedaże. Wszyscy tu się znają i spotykają na spotkaniach takich jak wielkie zebranie. Pod nami są już mało ważni ludzie do pomocy i do mniej ważnych akcji jak roznoszenia, dragów lub spłata długów. Można powiedzieć, że rządzimy prawie cała Australią mamy swoich ludzi wszędzie nawet w Anglii i Ameryce.
  - Musze przyznać, że zleciłeś mi nie lada wyzwanie i musiałem się wiele natrudzić, aby zdobyć, chociaż kilka marnych informacje, z których niewiele wynikało, ale mam coś, co może cię zainteresować – spojrzałem na Toma z uniesionymi brwiami.
 Zbliżał się do mnie ze stosem kartek i jeszcze coś w między czasie z nich czytał.
Czyżby mój plan w końcu miał jakoś ruszyć z miejsca?
  - Oto informacje, o które prosiłeś – powiedział podając mi kilka arkuszy ze zdjęciem - no nie powiem namierzenie wielkiego Cienia, nie było proste, ale masz tu kilka miejsc, w których ostatnio przebywał z relacji świadków. Chodź to dziwne ze nikt nie wie jak wygląda i go tak na prawdę nie widział, ale każdy mówi, że to musiał być on. Tajemniczy i nieuchwytny, podobno mają go przedstawić na wielkim zebraniu. Ale do tego jeszcze ponad miesiąc. Musze przyznać, że chętnie się dowiem, kim jest ten cichy zabójca i szef najlepszego gangu.
W duchu przyznałem mu racje każdy, kto siedział nawet chwilę w tym gównie musiał o nim słyszeć.
  - Może on pomoże mi ruszyć z tą sprawę, jak nie on to nikt – westchnąłem.
  - Trzymam kciuki stary, a teraz lecę, bo Karen pewnie się niecierpliwi, że jeszcze mnie nie ma w domu.
  - Pozdrów ją ode mnie – powiedziałem.
Pożegnałem się jeszcze z chłopakiem, po czym schowałem papiery za bluzkę i sam postanowiłem się stąd zwinąć, jeśli chciałem zdążyć przed czasem.

Brak komentarzy: